Necro marketing
12 lut
Chcesz zwiększyć sprzedaż? Nie mówią o Tobie? Umrzyj. Tak w skrócie można opisać zachowania stadne w mediach. Tych społecznościowych także. Chwilę po śmierci Whitney Houston moja ściana na Facebooku wyglądała jak fanpage wokalistki. Jedni pisali na jej cześć peany, drudzy udostępniali zakurzone utwory sprzed lat. W ciągu kilku minut okazało się, że zmarła Houston miała wśród moich znajomych samych fanów i groupies, każdy ją kochał i słuchał jej utworów. Słowa takie jak ikona i legenda przeżywały swój złoty wiek. To samo było przy okazji śmierci Michaela Jacksona i Amy Whinehouse. Podczas gdy ludzie dzielili się hitami sprzed dwóch dekad, wytwórnie fonograficzne zacierały tylko ręce. Dlaczego? Bo na śmierci robi się największe pieniądze. Whitney Houston nie nagrała niczego godnego uwagi od kilkunastu lat. Na koncertach była pod wpływem i to co robiła ciężko nazwać śpiewem. A teraz wszystko ruszy z kopyta. Lada dzień pojawi się w sklepach składak typu „The best of”, wypuszczą koncertowe DVD i nakręcą o niej dokument.
Informacja o śmierci Houston pociągnęła za sobą inne ofiary, tyle że wizerunkowe. Była wokalistka Destiny’s Child, Kelly Rowland, obchodziła wczoraj urodziny. Nie jej wina. Jak przypuszczam nie planowała także śmierci Whitney. Obydwa wydarzenia miały jednak miejsce tego samego dnia. Rowland napisała na swoim fanpage, że to najlepsze urodziny w jej życiu, podziękowała swoim fanom za wszystko i takie tam. W jednej chwili nastąpiła mała apokalipsa. Obok życzliwych komentarzy pojawiła się też cała masa krytyki i wyzwisk. W kilka sekund wokalistka stała się „dziwką” i „szmatą”. Dlaczego? Ano dlatego, że jak wolno jej było świętować w obliczu takiej tragedii. Dlaczego w ogóle ona żyje skoro Houston nie żyje? „Dzięki za życzenia, ale nie mogę oddać Ci teraz swojej miłości, bo moje serce jest z Whitney oraz jej rodziną”. Że co, przepraszam? Czy wszyscy na tym świecie, z wyjątkiem koncernów audio i wideo, postradali zmysły? W porządku, Whitney zmarła. Ale żyjemy dalej, ludzie! Nie był to wypadek, nie wpadła pod koła, nie została zamordowana. Jakoś nie potrafię współczuć ludziom, którzy umierają na własne życzenie.
Wiąże się to z presją społeczną. Jest niepisany przymus jednoczenia się w bólu, żałobie i przeżywaniu śmierci osób, które są nam całkowicie obce. Co mnie obchodzi Whitney Houston? Umarła i tyle. Tak jak umrę ja i każda z osób, które to czytają. Czy ten strach przed śmiercią jest aż tak silny, że przysłania nam to co poprzedza śmierć, czyli życie? Czy zbiorowy gwałt na wolności wyborów i uczuć musi być aż tak paranoiczny? Dlaczego napiętnuje się tych, którzy kolejną przećpaną gwiazdkę mają w poważaniu? Nie może chodzić o status gwiazdy. To byłoby zbyt proste. O co więc chodzi?
Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że Social Media to nie Social Media Marketing. Nie wszystko co pojawia się na Facebooku jest sprzedażowe albo wizerunkowe. Są też emocje. Proste i szczere. Ja nikomu nie bronię płakać po odejściu Houston, ale też nie pozwalam sobie, aby mnie do tej traumy zmuszano. Ale ona jest, czuć ją w powietrzu i w newsfeedzie. To mi przypomina mechanizm zachowania ludzi w kontekście religii. „Religia jest jak penis. Dobrze jest go mieć. Dobrze być z niego dumnym. Ale proszę, nie wystawiaj go publicznie i nie wymachuj nim dookoła, I PROSZE, nie próbuj wpychać go do gardeł moich dzieci”. Widzicie analogię? Koncerny płytowe, mając świadomość tych masowych zachowań oraz strachu przed śmiercią, uprawiają to co nazywam necro marketingiem. To nic innego jak wykorzystywanie śmierci do zwiększenia obrotów. Jeszcze w tym miesiącu poleci w TV „Bodyguard”, gwarantuję. Nie ma co się złościć na tych, którzy chcą zbić na tym pieniądze. Takimi prawami rządzi się biznes.
Śmierć Whitney Houston obeszła mnie tak samo jak urodziny byłej wokalistki Destiny’s Child. Wcale. Jednak obydwa fakty uwydatniły kilka ciekawych, z socjologicznego punktu widzenia, zachowań użytkowników Facebooka. Możesz zabiegać o buzz w mediach na tysiąc różnych sposobów, ale i tak największy przyniesie śmierć. Marketingowo można to ująć tak: dziś płaczecie, jutro płacicie. Ale płacić możecie już dziś. Orange właśnie reklamuje swoje „granie na czekanie” utworami zmarłej artystki. Kto będzie następny?
P.S. Miał być vlog, ale kamerkę szlag trafił. Jest za to zapis moich przemyśleń na świeżo. UWAGA, NIECENZURALNE SŁOWA. Wyłącznie dla osób pełnoletnich!

No comments yet